W domu wilków – Suri

Dziś mamy dla Was fantastyczne opowiadanie. Zabieramy Was do Opaet – Księżycowego Miasta. Razem ze Sveinem i Suri przeniesiecie się do krainy, która istnieje po drugiej stronie skrytych w norweskim lesie wrót – do krainy, gdzie wszyscy mówią swoimi językami, a każdy wędrowiec dociera tam, gdzie chce jego serce, nie umysł. Zapraszamy do czytania.

Oczywiście opowiadanie możecie też pobrać z boxa po prawej stronie.

„W domu wilków – Suri”

Rok 1210 przyniósł rodzinie Antonia Lupo wielkie zmiany. Życie mieszkającego w na ziemiach położonych nieopodal Italskiej Acony kowala zmieniło się diametralnie. Najazd cesarza Ottona IV pozbawił go dwóch synów kuźni, domu, i trzech palców. Jego życie z całkiem normalnego, codziennego życia sługi pana Fannullone zamieniło go w tułacza. Na domiar złego stracił jedynych mężczyzn, jakimi mógł się wesprzeć, gdyż Juliano i Giovelmo zostali zabici przez cesarskie wojsko, a pozostał sam z żoną i córką. Po prawdzie to te dwie kobiety utrzymały go przy życiu i Bóg. Antonio codziennie modlił się do Boga o to, aby naprawił zło mu wyrządzone, albo chociaż pozwolił za to przeżyć resztę życia w spokoju. Póki co jednak nie było mu to dane, gdyż wojska cesarskie nadal okupowały tereny, na których niegdyś mieszkał Lupo, a wszyscy, którzy uszli z życiem schronili się italskich miejscowościach, przy nowej granicy.

Tak mijały dni sierpnia i września, z pięknego, słonecznego i gorącego lata zrobiła się złota, lekko deszczowa, ale nadal w miarę ciepła jesień. Antonio pracował, jako pomocnik na dużej farmie. Na nic zdały się prośby u pana Scemo, aby pozwolił mu pracować u siebie, jako kowal. Brak trzech palców dawał się we znaki w kuźni, a niezbyt przeszkadzał w polu. Antonio dziękował jednak Bogu za to, że ma co włożyć do garnka i gdzie przenocować i schronić się od deszczu. Codziennie rano i wieczorem chodził z żoną Monicą i córką Suri do kościoła, aby przeprosić za grzechy, które ściągnęły na nich nieszczęście, a także podziękować za gościnę u pana Scemo. Choć w głębi duszy Antonio prosił też, nie mówiąc tego nikomu, aby Bóg pozwolił mu wrócić do kowalstwa – do tego, do czego go wyznaczył.

Mijały miesiące, a Antonio modlił się i modlił, aż w końcu pewnego listopadowego poranka na gościńcu prowadzącym opodal posiadłości pana Scemo pojawił się jeździec. Godne ubranie i papieskie insygnia mówiły od razu, kim jest jeździec. Mówiły też od razu, że jakakolwiek krzywda wyrządzona papieskiemu posłańcowi ściągnie na krzywdzącego gniew boży i niechęć wszystkich chrześcijańskich krajów Europy. To wystarczyło, aby każdy, absolutnie każdy szlachcic bał się odmówić heroldowi gościny. Najgorsze zbiry świata ustępowały mu z drogi – nie tyle z obawy przed papieżem, co przed Bogiem. Bo przecież posłaniec papieża słowa Boga nosił. Na szczęście Antonia, posłaniec Fernando postanowił zatrzymać się w majątku Scemo. Przyjęto go z najwyższymi godnościami, pan domu wyprawił ucztę na cześć gościa, na którą oczywiście zaproszono tylko rodzinę Scemo. Jednakże na szczęście Antonia – Monica Lupo została wybrana do usługiwania w trakcie uczty. A papieski posłaniec przybył z informacjami, ze wspaniałymi informacjami dla rodu Lupo.

Otóż okazało się, że cesarz Otton IV został ekskomunikowany przez papieża Innocentego III, za najazd na Anconę i Spoleto, przez co możni w kraju starają się właśnie obalić jego tytuł, próbując posadzić na tronie Fryderyka II z Sycylii. Oznaczało to nie tylko zwrot ziem zagrabionych, ale także odszkodowanie, które w niedługim czasie można było wyegzekwować. Antonio słysząc te rewelacje bezzwłocznie pobiegł do kaplicy – podziękować Bogu za pomyślny rozwój wydarzeń.
Jeszcze tej samej nocy cała rodzina Lupo wędrowała na północ.

*              *              *

Rok 1211 zaczął się dla rodziny Lupów całkiem dobrze – od Bożego Narodzenia 1210, do maja 1211 roku Antonio był kowalem w Królestwie Polskim. Dosyć duże zapotrzebowanie na kowali w Gnieźnie powodowało, że Antonio szybko znalazł pracę, a także dach nad głową dla siebie i swojej rodziny. Prowadzone co kilka miesięcy (wyłączając zimę) wojny z Cesarstwem Niemieckim, a także z drugiej strony z powiększającą się Rosją powodowały, że zapotrzebowanie na oręż i zbroje było cały czas duże. Antonio pomimo braku trzech palców radził sobie doskonale – codziennie o poranku modlił się w okolicznym kościele, a wieczorami razem z rodziną spacerował do wrót katedry gnieźnieńskiej, aby wraz z setkami innych wiernych oddawać się modlitwom. Tak minęło lato, później jesień, aż w końcu nastała zima – pora umiarkowanego spokoju na frontach, jednakże w żadnym wypadku dla kowali – Antonio pracował nadal, wyrabiając najlepsze miecze, tarcze, ostrza do toporów, groty do strzał i zbroje. Nadal też bywał w kościele – dzień bez modlitwy dniem straconym.

Pewnego dnia stojąc na uboczu pod katedrą włoski kowal modląc się żarliwie zapatrzył się w pokryty śniegiem ogród wokół katedry. Ze zdziwieniem po chwili oprzytomniał, stwierdzając, że coś tam w śniegu błyszczy. Kiedy odmówił poraz ostatni Signum Crucis, odczekał kilka chwil, aby zgromadzeni wierni rozeszli się, aby móc przyjrzeć się dziwnej rzeczy w śniegu. Kiedy schylił się nad tajemniczym kawałkiem żelaza poczuł nagłe ukłucie w plecach, zawróciło mu się w głowie i padł na kolana w śnieg. Dłoń, w której miał tylko dwa palce wylądowała na leżącym w śniegu talizmanie, wbijając go głęboko w zmarzniętą skórę. Antonio nie zwrócił na to z początku uwagi, gdyż inna, istotna sprawa zaprzątała mu głowę – usłyszał szept. W głowie. Łamaną, twardą łaciną ktoś powiedział: „Synu, nie marnuj swych zdolności na wojnę krzyża z krzyżem. Oddaj posługę Bogu i wyrusz do Norveghru, kraju, gdzie krzyż z ciemnością walczy. Tam oddaj się boskiej misji.”

Kowal klęczał tak przez, dopóki nie uświadomi sobie, że amulet przyciśnięty do dłoni rozrywa mu starą bliznę, po odrąbanym palcu. Podniósł się szybko, otrzepał kolana ze śniegu i z ciekawością popatrzył na talizman, przypominający profil wilka z rozwartą paszczą. Jeden z kłów był czerwony – delikatna stróżka krwi spływała do wnętrza dłoni Antonia. Włoch popatrzył wytarł krew śniegiem i z zaciekawieniem oglądał przez kilka chwil talizman. Dostrzegł, że na wewnętrznej stronie ktoś wygrawerował napis, jednak Antonio nie potrafił czytać, więc schował amulet w kieszeń i wrócił spiesznym krokiem do oczekujących go żony i córki.

Zima mijała powoli, o dziwo w porównaniu do poprzedniego roku była zdecydowanie bardziej obfita w śnieg, smagający wiatr i bardzo niskie temperatury. Mimo tego w kuźni Lupa zawsze było ciepło i wielu przechodniów zatrzymywało się tylko po to, aby ogrzać zziębnięte członki. Antonio miał mniej pracy – zapasy oręża coraz bardziej się powiększały, wojujący szlachcice w końcu dali odsapnąć swoim drużynom najemników – rozpoczął się czas ciszy.
Pewnego słonecznego poranka zawitał w kuźni Włocha obcokrajowiec. Długo przyglądał się jego wyrobom, aby wybrać krótki, lekki miecz z małą ilością zdobień. Antonio wiedział, że w Królestwie Polskim mało kto wybiera ten typ mieczy – to typowo skandynawskie wzornictwo nie cieszyło się zbytnią popularnością wśród polskich wojaków, którzy nad walory wojenne miecza często przedkładali wygląd i zdobnictwo. A już najczęściej szlachta, bądź stan rycerski, którzy w bitwach zazwyczaj nie brali tak czynnego udziału, jak chłopi, czy najemnicy.
– Pan z obcego kraju? – zapytał po łacinie kowal.
– A złoto z Norvegru gorsze niż Germańskie, czy od Rusa? – szlachcic zaśmiał się przecierając jasne wąsy.
– Złoto to złoto – Antonio zaśmiał się w odpowiedzi. – Pan z Norvegru?
– Z Nidaros. Wiecie gdzie to jest? – dopiero teraz Włoch poczuł, jak nieprzyjemnie ostry jest dialekt gościa.
– Prawdę mówiąc nie wiem, panie, ale jeśli to w Norvegrze to chciałbym zadać pytanie – Antonio rozsupłał rzemienie na szyi i podał szlachcicowi talizman znaleziony początkiem zimy. Na twarzy gościa odmalowało się zdziwienie, ustępujące skupieniu, kiedy przyglądał się z ciekawością wisiorkowi.
– Nie znam tego kształtu, ale wygląda to na wilka. Co ciekawsze z tyłu ktoś napisał właśnie Nidaros – nazwę miasta, z którego przybyłem do Królestwa Polskiego. Pewnikiem to znak od Jedynego – zakończył wbijając wiercące spojrzenie w oczy włoskiego kowala.
– Znak? – Antonio speszony poczuł, jak na plecach kropli mu się pot. – Od Jedynego? – wyjąkał, odruchowo składając ręce do Oratio Dominica.
– Ano od Boga mój drogi. Bo ja też przychodzę z misją od Boga. Otóż oglądałem twoje wyroby i muszę przyznać, że pomimo braku trzech palców kowal z ciebie wyśmienity. Potrafisz kuć broń o wspaniałej jakości i chciałbym, abyś pracował dla mnie. Abyś wyruszył ze mną do Norvegru – Antonio pobladł mimo gorąca w kuźni. Cofnął się o kilka kroków i usiadł na drewnianym pieńku, na którym zwykł siadać by zaznać chwili odpoczynku. – Norvegr pogrążon jest w wojnie domowej mój drogi i brak nam zdolnych rzemieślników, a szczególnie zbrojmistrzów. Nasz Pan – Chrystus na krzyżu zmarł, aby zbawić ludzkość, jednak są dusze, które zbyt hulają sobie w wolnej woli i oddają się podszeptom szatana i starych bogów, którzy nie mają prawa istnieć. Od pół wieku walczymy z czarnymi duszami, jednak wojny końca nie widać. Tedy posłał mnie biskup z Nidaros Panie świeć nad jego duszą, cobym ściągnął najlepszych zbrojmistrzów gotowych dzień i noc w imię Pana tworzyć święte narzędzia, dzięki którym nasze drużyny wytną tą całą dzicz i zaniosą do sczerniałych serc jasne światło – Antonio łykał każde słowo, z wrażenia otwierając usta. „Bóg to musi, Bóg sam go przysłał” – myślał patrząc na rosłego blondyna stojącego przed nim.

*              *              *

Nidaros okryte śniegiem wyglądało dostojniej, niż Gniezno. Zbudowane u ujścia Nidelvy przypominało największe porty Europy. Katedra Nidarosdomen pomimo, że nie była tak wielka, jak ta w Gnieźnie, czy katedry w Rzymie i tak sprawiała wrażenie ogromnej. Samo miasto było mniejsze, nisz Gniezno, ale to sprawiło, że Antonio nawet się w duchu ucieszył – nigdy nie przepadał za tłokiem, a najlepiej wspominał mieszkanie w małej wiosce w środkowej Italii. Pomimo końcówki zimy i roztopów w Królestwie Polskim, Nidaros nadal było przykryte grubą warstwą śniegu, a niknące za chmurami góry i lasy bieliły się w słońcu. Port w Nidaros był niczym w porównaniu z portami Sycylii, ale to także cieszyło Lupa. Przez cały czas dziękował Bogu za bezpieczną i w miarę spokojną podróż przez morza, co dzień oddawał się razem z całą załogą modlitwie o to, aby nie spotkać diabła morskiego, czy krakena.
– Wyjadą po nas moi poddani i zabiorą cię z rodziną do twojego nowego domu za miastem. Jutro przybędę z rana, aby dowiedzieć się, czy czegoś ci potrzeba – Svein, szlachcic, który zabrał Antonia do Norvegru zarzucił na siebie gruby płaszcz z niedźwiedziej skóry i ruszył w stronę trapu.

Antonio stał jeszcze chwilę na drakkarze rozglądając się wokół niepewnie – był jednym z niewielu z południa Europy. Większość była potomkami pogańskich wikingów, niegdysiejszego postrachu północnych mórz. A jednak nie biła od nich ta legendarna aura. Ludzie ci byli całkiem normalni, niewiele wyżsi od Antonia, skóra ich była jasna, nieprzyzwyczajona do słońca. Twarze zarośnięte, ogorzałe od silnego wiatru. Tego tutaj nie brakowało – Nidaros mimo, że otoczone było zewsząd górami było wietrzne i zimne. Wiatr spływał z okolicznych wzgórz, nabierając prędkości wbijał się w zaspy ciągnąc za sobą tumany śniegu, czasami nawet okruchy lodu, które cięły twarz niczym bicz. Pomimo tego, że niewiele minęło od południa, a dzwon na wieży katedralnej wybił trzynaście razy słońce powoli kierowało się ku zachodowi. Na wschodzie już od dawna wisiał księżyc – pełne, niemal idealne kolo, niemal nieskazitelnie białe na ciemniejącym niebie. Wyglądał na walczącego ze słońcem o dominację na nieboskłonie. W chwilę po tym, jak Svein dosiadając białego wierzchowca opuścił przystań nadjechał wóz. Na koźle siedział mężczyzna opatulony w gruby, szary płaszcz. Skórzane rękawice i wysokie buty zdawały się dobrze chronić przed zawieruchą. Antonio zwrócił jednak uwagę na inny szczegół – miecz woźnicy. Tak dobrej roboty  Włoch od dawna nie widział. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem wykuwał tak misterną głownię. Pewnikiem dla kapitana straży biskupiej. Taka robota jeszcze kilka lat temu warta była dobry kawałek ziemi. Kowal wiedział, że ma do czynienia nie z byle parobkiem.
– Nowy kowal Sveina? – głos nieznajomego był szorstki i zimny.
– Tak, panie, Antonio, a to moja żona Monika i córka Suri – Włoch skłonił się lekko przyjezdnemu.
– Guthlaf – na twarzy woźnicy pojawił się lekki, szyderczy uśmiech. – Wieźć mam was do kuźni w lesie.
– Za miasto mówili, że kuźnia tuż za rogatkami – Antonio poprawił futrzaną czapę.
– Ano za rogatkami. Pakujta się i jedziem, bo zmrok zaraz nas tu opadnie a niebezpiecznie się po lasach nocą włóczyć. Jeszcze jaki wypierz, czy leszy krew wyssie.
– A są tutaj lesze?
– Ano, za głowę płacą sto koron, a za serce wypierza to i z dwieście. Jeno nikt jeszcze nie przyniósł, było kilku takich co to świńskie serca przynieśli, ale nahajką kazali wychłostać, to się odechciało żartów.
– A dużo tego po lasach?
– Uspokójta się Antonio. Znak krzyża macie? – Guthlaf sięgnął głęboko w rękaw i wyciągnął kawałek różańca, na którego końcu zwisał krzyżyk.
– Mamy, wszystkie mamy i Panu Jedynemu się w opiekę oddajemy.
– Tedy i martwić się nie macie o co. Leszy, czy nixa na widok krzyża palić się zaczną, a Wąpierz z piskiem uciekać będzie nikem by go diabły gonili.
– A wilkołacy?
– Lykantropy pytasz? – woźnica wciągnął głośno zimne powietrze, po czym powoli wypuszczał, tworząc kłęby pary wokół siebie. – Ano różnie z nimi bywa. Bo na nie inny krzyż jak srebrny nie działa. Masz taki? Większość chłopa drewniany ma, ale poświęcony. Ponoć pomaga, ale nie wiem. Nie martwiłbym się zbytnio – jak już się taki wilkoczłek pojawi w okolicy to raz dwa i rycerz jego tropem z psami idzie. A i wilcy ich zbytnio nie lubią, bo to półczłek, półwilk. I taki wygnaniec albo sam się zabije, albo da łeb pod rycerski miecz, albo go jego bratanki rozszarpią. Jedną radę ci dam Antonio, bo zdaje mi się, żeś ty chłop sympatyczny – jak pełnia będzie – wskazał głową w stronę wschodzącego księżyca. – Módl się do Pana, a żonę i dzieciaki w domu trzymaj. Tedy żaden z nich nie odważy się do drzwi twoich zapukać i spokoju zawracać. I spraw sobie srebrny krzyż, coby w razie potrzeby odegnać bestię. I módl się do Pana na niebiesiech.

Wóz jechał na północ, w stronę wyjazdu z miasta. Antonio rozmawiał po cichu z woźnicą, zadając pytania o różne rzeczy. Przez całą drogę spotkali niewielu ludzi, większość siedziała w chałupach, na zewnątrz było za zimno, aby wychodzić po coś więcej, niż za potrzebą. Osadę patrolowali wojownicy z królewskiego hirdu, chociaż tych też nie było wielu. Widać zima, która już opuszczała Królestwo Polskie nie miała zamiaru wynosić się z Norvegru. Ale Antoniowi to nie przeszkadzało. Wiara w Boga Jedynego umacniała go w tym, że wypełnia Jego wolę i czyni dobrze. Tym bardziej po tym, jak Guthlaf opowiedział mu o obecnej sytuacji w Norvegrze i o umacniającej się władzy kościoła na Północy.

*              *              *

Minęło pięć lat, od kiedy Antonio zawitał w Nidaros. Pięć długich lat, kiedy nieprzyjazne, zimne brzegi Norvegru stały się domem dla rodziny Lupo. Antonio pomimo tego, że pochodził ze słonecznej Italii dosyć szybko przyzwyczaił się do nowego domu. Nawet półroczna zima i zaledwie kilkugodzinny dzień w okresie zimowym zdawały się mu nie przeszkadzać. Podobnie zresztą było z jego żoną, o córce nie wspominając. Suri czuła się świetnie w Norvegrze, zdawała się promienieć żyjąc w tej dzikiej, pogańskiej i ciemnej krainie, którą od niedawna Chrystus zaczął rozpromieniać swym blaskiem. W przeciągu pięciu lat Antonio tylko raz słyszał o tym, że leszy porwał kogoś w lesie. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – drużyna najlepszych wojów króla i arcybiskupa Norvegru w ciągu kilku dni pojmała i ku przestrodze spaliła stwora w centrum Nidaros – na placu przed katedrą.

Bóg także spoglądał na rodzinę Lupa dobrym okiem – nie brakowało dobrze płatnych w złocie zamówień: od króla, od biskupa, od szlachty. Większość broni w okolicy pochodziła właśnie z kuźni Antonia. Szczególnie miejscowa szlachta upodobała sobie wyroby włoskiego rzemieślnika – misterne głowice na mieczach, tarczach, czy hełmach wprawiały norweskich możnych w zachwyt. Zamawiano nie tylko broń, także biżuterię, ozdoby domów i nawet okucia rogów, z których pijano na ucztach. Antonio coraz częściej pojawiał się na przyjęciach, ludzie podziwiali go i nie mogli wyjść ze zdumienia, że mając tylko siedem palców jest w stanie wytworzyć tak piękną sztukę. Sam kowal zastanawiał się czasami, jak wielkie są jego umiejętności.

W tym samym, 1217 roku zmienił się król Norvegru. Na miejscu Inge II Bårdssona zasiadł Ulf Skogsson – bratanek zmarłego króla, który odszedł nie pozostawiając męskiego potomka. Wszyscy po cichu mówili, że oto nadszedł koniec wypraw na północ – walk z pogaństwem, wypalania świętych gajów, bezczeszczenia prastarych uroczysk i mordowania niewiernych. Niektórych to cieszyło, ale niektórzy, znający poglądy króla rozmawiali po cichu o zastąpieniu obecnego władcy innym – Sveinem Hvitivandrerem. Bliższym kościołowi i myśli poprzedniego władcy. Mimo wszystko wojna wypowiedziana ciemnym mocom bardzo się niektórym opłacała i nie zamierzali jej zaniechać, a wręcz przeciwnie, próbowano wmieszać we wszystko najważniejszą po królu osobę w państwie – Arcybiskupa Piotra. Ten jednak dosyć szybko uciszył wszelkie spekulacje na temat swojego udziału w próbie zamachu stanu mimo, że nie pobłogosławił i oficjalnie nie uznał nowego króla z powodu jego bratobójczej przeszłości, z której nakazał mu się najpierw oczyścić, bądź odpokutować. Król nie był jednak głupcem i wiedział, że nieuznanie go władcą przez największego zwierzchnika kościoła prędzej czy później może doprowadzić do sytuacji, w której wierny lud zacznie słuchać biskupa, nie króla. Dlatego też, aby zyskać czas nakazał kowalom w Nidaros pracować dzień i noc nad uzbrojeniem, a pomiędzy możnymi rozpuścił plotkę o rychłym ataku na włości Sveina II, jednego z braci dawnego króla, który miał dawać schronienie poganom i niewiernym.
Tak oto kuźnia Antonia znów stała się miejscem, gdzie najczęstszym wyrobem był miecz, kolczuga i hełm. Ale kowal nie mógł narzekać – w końcu miał wydać córkę za mąż za Sveina Ulfssona syna bogatego kupca i jedynego człowieka, jakiego dobrze Suri poznała w Norvegrze. Svein miał dwadzieścia lat i pochodził z bogatej rodziny. Jego ojciec – Ulf znał się dobrze z rodzicami Suri i mimo, że nie utrzymywał z nimi zbyt bliskich kontaktów szanowali się wzajemnie i cieszyli, że ich rody niebawem się połączą.

*              *              *

Pewnego letniego poranka Svein przyjechał do domu Suri, aby zabrać ją na przejażdżkę. Dziewczyna czekała już na niego przed domem razem ze swoim podarkiem urodzinowym od rodziców – Płotką. Mimo, że klacz była w domu od niedawna, Suri zdążyła się w niej zakochać. Uwielbiała pędzić leśnymi dróżkami, czując wiatr i liście we włosach. A jeszcze bardziej cieszyło ją to, że Svein jest razem z nią. Przez pięć lat mieszkania poza granicami osady, niemalże nie widząc nikogo poza rodzicami ten młody Norsmen stał się jej najbliższym przyjacielem. Razem spędzali godziny wędrując po lesie, razem łowili ryby, polowali na króliki. Razem tropili wilki i szukali driad. Mieli nawet wspólny sekret – o kilka godzin drogi od domu, głęboko w lesie spotkali nimfę. Za pierwszym razem, kiedy usłyszeli jej śpiew padli oczarowani na trawę i trwali tak, dopóki nimfa nie spostrzegła, że ma nieproszonych gości i nie skryła się w leśnej gęstwinie. Wtedy oboje poczuli, jakby nagle wyrwano ich ze snu i wyrzucono w ciemnym, obcym lesie. Nawet staw, który był krystalicznie czysty i piękny stał się brudny i mętny, a rosnące wokół niego drzewa przestały być rozkwitające i zielone, a stały się nieprzyjemnie ciemne i odpychające. Wracając z magicznego miejsca Svein i Suri postanowili, że nigdy nikomu nie powiedzą o tym stawie i o nimfie, bo ludzie biskupa pojmaliby ją i spalili tak, jak leszego kilka lat temu.
Dzisiejszy dzień był szczególny – Monica i Antonio wiedzieli, że Svein ma zamiar oświadczyć się Suri, a to miało być całkowitym zaskoczeniem dla dziewczyny. Dlatego też pozwolili mu zabrać ją na przejażdżkę na cały dzień.
Młodzieniec przyjechał z mieczem przy boku i łukiem wystającym z juków. Suri popatrzyła na to uzbrojenie i choć widywała go już wcześniej z łukiem i mieczem, dzisiaj wydało jej się to dziwne.
– Jedziemy gdzieś, gdzie będzie niebezpiecznie?
– W całym Norvegrze jest niebezpiecznie – zaśmiał się Svein.
– A nauczysz mnie dzisiaj strzelać z łuku?
– Suri… już cię nauczyłem machać mieczem. Po co ci łuk?
– A po to samo, po co miecz! – Suri spochmurniała nagle. – Po to, aby upolować królika, czy jelenia i mieć co jeść.
– Dobrze, moja panno, nauczę cię – Svein obrócił się w miejscu, stając w strzemionach skłonił rodzicom Suri, po czym ruszył powoli w stronę traktu prowadzącego na północ.
– Zaczekaj! – Suri miała jeszcze małe problemy z opanowaniem Płotki, a szczególnie z przekonaniem jej, żeby chciała się ruszyć z miejsca. – No Płotka jedź za Buranem! – Suri biła piętami w boki konia, ale Płotka nadal wolała skubać trawę.
– Buran, zawołaj ją – szepnął Svein do ucha swojego konia, na co ten cicho zarżał, a Płotka ruszyła w ich stronę. – Musisz być spokojniejsza moja droga. Koń musi cię słuchać, ale nie możesz mu czegoś kazać na siłę – Svein uśmiechnął się do swojej towarzyszki.
– Dobrze, że mam ciebie – Suri odpowiedziała uśmiechem. – Ciebie wszyscy słuchają: Płotka, tata, mama, nawet pewnie i król by ciebie posłuchał – zaśmiała się figlarnie.
– Może? – Norsmen udał zamyślenie, po czym odwrócił się w stronę przyjaciółki. – Dzisiaj jedziemy w szczególne miejsce moja droga.
– Tak? – Suri popatrzyła na niego pytająco. – A dokąd to mnie zabierasz?
– Daleko od domu, może nawet dzisiaj nie wrócimy.
– A co ja powiem rodzicom?
– Nie wiem, ja coś wymyślę… że się zgubiliśmy.
– Nie wiem, czy uwierzą.
– Nie będą mieli wyjścia.
– Ale nie zgubimy się?
– Nie, raczej nie – zaśmiał się głośno jednocześnie dźgając Burana mocniej w boki. – No prędzej!

Dzień mijał powoli – na trakcie nie spotkali nikogo, mimo, że to główna droga do stolicy Królestwa Norwegii. Po długich godzinach jazdy zboczyli w końcu w puszczę. To nie był las, który Suri znała z okolic Nidaros. Ten był bardziej dziki, nieprzystępny i ciemny. Mimo, że nie minęła więcej, niż godzina od południa w lesie było bardzo ciemno, nieprzyjemnie i obco. Suri czuła jak lekko drży, ale co chwilę myślała o Sveinie, który jechał przed nią, pewnie, nie zatrzymując się jechał i nie zwracał uwagi na to, jakie ten las sprawiał wrażenie.
– Svein, ale dokąd my jedziemy? – zapytała zniecierpliwionym i lekko drżącym głosem.
– Już Ci mówiłem Suri, chcę Ci pokazać serce lasów.
– Ale tu jest coraz ciemniej i straszniej.
– Duża dziewucha z ciebie, nie bój się, mamy łuk i miecz, nic się nam nie stanie. Zaufaj mi – Norsmen nawet nie odwrócił się w stronę przyjaciółki, jechał dalej wtulony w konia.
Dopiero teraz Suri poczuła, że strach wywołują w niej oczy – miała wrażenie, że ktoś ich obserwuje od chwili, kiedy wjechali w tą mroczną i nieprzyjemną puszczę. Czuła na sobie czyjś natrętny wzrok. Rozejrzała się wokół, ale nie dostrzegła nikogo. Za to wrażenie obcości i strachu spotęgowało się.
– Svein – jej głos ewidentnie zdradzał strach. – Svein! Tam coś się pali – wskazała ręką pomiędzy drzewa. Faktycznie, daleko, niemalże na granicy widoczności na ciemnym tle odcinała się jasna poświata. Niby płomień.
– Cii – przyjaciel odwrócił się do niej przyciskając palec do ust w uspakajającym geście. – To Byvyllin, Błędny Ogień. Nie patrz na niego zbyt długo, bo inaczej zbłądzisz i nigdy nie wyjdziesz z tego lasu. To taki zły duch, który chce porwać inne duchy – dodał po chwili.

Dziewczyna niemal jak na komendę wbiła ciekawskie spojrzenie w płomień pulsujący raz bliżej, raz dalej, aby po chwili utkwić wzrok na jadącym z przodu towarzyszu.
– Svein, ale ja nie wiem, czy ja chcę widzieć to serce lasu – niemal wyjąkała.
– Suri, uspokój się, wiele razy już tutaj byłem i obiecuję ci, że księżycowe miasto to najpiękniejszy widok na świecie. Jest piękniejsze, niż Koloseum i Pałac papieski w Watykanie.
– Byłeś w Rzymie!? – dziewczyna pisnęła z wrażenia.
– Tak, kiedyś z ojcem na wyprawie. A teraz przytul się do Płotki i jedź za mną, nie zjeżdżaj ani na krok między drzewa, bo się zgubisz. Tylko ja i Buran znamy drogę tam i z powrotem.

Szli tak przez kolejne godziny. Suri traciła poczucie czasu i kierunku, a kiedy wydawało się jej, że wie, w którą stronę idą nagle droga skręcała i miała wrażenie, że robią kółko, aby wrócić w to samo miejsce. Bała się odezwać, bo jadąc tak w milczeniu zrozumiała, że nie słyszy żadnych odgłosów życia w lesie – ptaków, czy owadów. Przez całą drogę nie napotkali nikogo poza Byvyllinem, który po kilku chwilach też ich opuścił, aby się już nie pojawić. Wrażenie obcości to rosło, to malało, ale świadomość tego, że ktoś ich obserwuje z coraz większą siłą przewiercała Suri swoją nieustępliwością. Bała się odezwać, bo wiedziała, że zakaz Sveina nie był powiedziany ot tak sobie, w końcu nie kazałby jej jechać kilka kilometrów w milczeniu.

Uspokoiła się dopiero, kiedy usłyszała z lewej strony szum wody. Z początku myślała, że to wiatr, ale nagle uświadomiła sobie, że powietrze nie poruszyło się ani trochę od kiedy wjechali do ciemnej kniei.

„Po lewej stronie jest strumień, nie możesz do niego wchodzić, najlepiej nie zwracaj na niego uwagi, inaczej jeśli za bardzo się zbliżysz mieszkańcy tej wody pociągną cię za sobą i zostaniesz jedną z nich – duchów wodnych „ – dałaby głowę, że słyszała jego myśli, nie głos. Szeptał w jej głowie. „Nie, to niemożliwe” – pomyślała, ale on nie pozwolił jej zastanawiać się zbyt długo: „W Månedskog wszystko jest możliwe” – zaśmiał się radośnie. „A czy ja tak mogę?” – pomyślała. „Możesz, tylko musisz nauczyć się nad tym panować” – odpowiedział jej znów się radośnie uśmiechając. „Póki co słyszę każdą twoją myśl od kiedy wkroczyliśmy do Księżycowego Lasu”. „To niesprawiedliwe” – odpowiedziała mu zdenerwowana. „Przestań się złościć, dotarliśmy do przeprawy”

Zatrzymał się w miejscu, gdzie rzeka przecinała ich drogę, zgrabnie zeskoczył z konia, a jego jasne loki rozprysły się na każdą stronę. Wyjął z kieszeni kurtki rzemień i związał je niedbale.
– Od tej pory Buran i Płotka odpoczywają – powiedział głaszcząc koński bok. – Łódź jest za mała, aby przeprawić kogoś więcej, niż człowieka, a konie też nie mogą wejść do wody, bo duchy Mørkelvy zabiorą i ich dusze – mówiąc to zbliżył usta do ucha Burana i coś bardzo cicho szeptał. Koń zarżał w odpowiedzi, na co Płotka też zareagowała rżeniem. Suri zeskoczyła z konia, lądując miękko na niemal czarnym podłożu.
– Daleko jeszcze będzie za tą rzeką?
– A co, zmęczona?
– Nie, ale pora już późna, popatrz, jak się ciemno robi.
– To wina tego lasu. Tu jest zawsze tak ciemno. Od kiedy pamiętam, Księżycowy Las był taki. Ale to ma też swój urok – dodał po chwili. – No chodź, bo inaczej zmrok nas tu zastanie, a wtedy będzie jeszcze ciemniej.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć chwycił ją za rękę i porwał w stronę szumiącej wody. Chwilę to trwało, zanim wypatrzyli łódkę schowaną w krzakach. Na szczęście była cała i mogli spokojnie przekroczyć upiorne wody Mørkelvy.
– No wskakuj – powiedział, kiedy już znalazł się na łodce.
– A wiosła? Przecież nie dopłyniemy…
– Spokojnie – przerwał jej. Wyjął z dużej sakwy przy pasie małą sakiewkę, rozwiązał rzemień i wyciągnął ze środka coś, co wyglądało na sznurek. Jeden koniec złapał w lewą rękę, a prawą wyrzucił resztę w stronę ciemności. Minęło kilka chwil, a nad wodą rozciągnął się sznur mieniący się srebrnym blaskiem. Suri patrzyła nań jak urzeczona.
– Magiczny, od karłów – powiedział z dumą Svein ukazując zęby w szerokim uśmiechu. – Poprowadzi nas najkrótszą drogą na drugi brzeg, a przy okazji oświetli trochę drogę.
Dziewczyna weszła niepewnie na łódkę trzymając się sznurka.
– Nie trzymaj się go zbyt długo, szybko robi się gorący i zostawi ci blizny na rękach.
Suri popatrzyła na wnętrze dłoni i jęknęła trwożnie – jasny proszek osadził się na jej rękach i pobłyskiwał radośnie niczym okruszki srebra odbijające promienie słońca. Zdenerwowana próbowała zetrzeć proszek drugą ręką, ale na niewiele się to zdało – ten uporczywie trzymał się skóry, a pojedyncze okruszki zawędrowały na drugą rękę. Popatrzyła bezradnie na uśmiechniętego towarzysza.
– Nie bój się, wystarczy, że obmyjesz ręce w wodzie i same zgasną. Czasem tylko podczas pełni księżyca będą migotać, ale nigdy tak mocno jak teraz. Mówiłem ci, że to magiczna, krasnoludzka robota. Dobry do związania wypierza – nie znoszą ich. I ponoć wilcy też ich nie lubią, ale tego nie wiem – zaśmiał się pod nosem.
– Skąd ty to wszystko wiesz Svein? – zamrugała uroczo oczami mieniącymi się w srebrzystym poblasku magicznej liny.
– Suri, dwadzieścia lat już chodzę po Norvegrze. Uwierz mi, że to, co teraz widziałaś, to jeszcze nic w porównaniu do tego, co dzisiaj zobaczysz – niespodziewanie objął ją ręką, przyciągnął do siebie i pocałował w policzek mocno i przyjemnie. Suri uśmiechnęła się z początku, aby po chwili zaczerwienić się niesamowicie. „Svein!” – próbowała protestować, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, gdyż pocałował ją w usta. Odwzajemniła.
– Kocham Cię Suri – powiedział po chwili, uśmiechając się lekko. Nie czekał na odpowiedź, chwycił sznur drugą ręką i zaczął ciągnąć łódkę w ciemność rozświetlaną blaskiem krasnoludzkiego czaru.

Suri usiadła na ławce biegnącej w poprzek łodzi i schowała twarz w dłonie. Po chwili rozczepiła palce i zaczęła nieśmiało przyglądać się okolicy. Niewiele widziała mimo blasku liny. Gdzieś w oddali słyszała wzmożony szum wody – pewnie wodospadu. Na brzegach rzeki niczym strażnicy rosły potężne drzewa – tak dużych jeszcze nie widziała w Norvegrze. Korzenie sięgające głęboko w rzekę niknęły w ciemnej toni. Potężne gałęzie rozstrzelone wysoko w powietrzu tworzyły szczelny dach nad puszczą. Suri nadal poza dźwiękiem wody nie słyszała niczego, co powinna słyszeć w lesie.
– Svein, gdzie są wszystkie zwierzęta?
– Wokół nas – odpowiedział bez zająknięcia.
– Ale… czemu ich nie słychać?
– Ty ich nie słyszysz. Ale pomyśl. „Poszukaj ich w swojej głowie” – dokończył milcząc.
– Tak jak z tobą rozmawiam? – odpowiedziała nie otwierając ust.
– Dokładnie tak, posłuchaj lasu, a on opowie ci o sobie co tylko zechcesz.

Słuchała w milczeniu. Czuła się dziwnie, jakby w ciszy było coś zaklęte. Las ożywał. Wycie wilka wyrwało ją na chwilę z zamyślenia, gdzieś daleko, pomiędzy drzewami poniósł się skowyt. Dziewczyna wzdrygnęła się ze strachu – zimny dreszcz przebiegł przez jej plecy, ale po chwili strach rozszerzył jej oczy jeszcze bardziej – Svein wydał z siebie stłumione warknięcie i odpowiedział podobnym, wilczym wyciem. Serce dziewczyny zabiło kilka razy z niesamowitą siłą, wydzierając się z piersi, aby nagle urwać kolejne uderzenie i zamilknąć, stanąć i nie odezwać się już.
– Svein!? – jęknęła podkulając jeszcze bardziej nogi. „Spokojnie Suri jesteśmy bezpieczni. Moi bracia nas chronią. Przybyli po nas na drugi brzeg.”

Suri popatrzyła na Sveina z przerażeniem, zaczęła rozglądać się wokół, panicznie szukając ucieczki, ale nie było gdzie uciekać. Rzeka rozbijała się o ich łódkę, a jakikolwiek brzeg był zbyt daleko, aby dotrzeć do niego nie wpadając do przeklętej Mørkelvy. Jedno z olbrzymich drzew wydało z siebie trzask, jakby ktoś zamykał drzwi. Dziewczyna znów drgnęła niespokojnie.

„Spokojnie moja droga, to tylko duch rzeki wrócił do domu obrażony na nas, że nie wykąpaliśmy się w rzece. Znów głodny pójdzie spać, a widząc nas miał nadzieję, że zje dzisiaj smaczną kolację.” Svein nadal nie poruszał wargami, nadal stał do Suri tyłem, bał się, że dziewczyna wyskoczy do wody widząc jego wilcze oczy.

Kiedy dotarli do brzegu na niebie nie było już dawno słońca. Księżyc w pełni przedzierał się przez gęsty sufit lasu, oświetlając go pojedynczymi snopami białego, czystego światła. Suri dopiero teraz dojrzała, że drugi koniec migoczącej liny trzymał w pysku wilk. Wielki, mieniący się srebrzyście w blasku księżyca basior siedział mocno zaparty o ziemię, trzymając koniec liny w zębach. Svein wyskoczył z łódki z niesamowitą, nieludzką wręcz siłą i z wilczą gracją wylądował na ziemi. Klęknął przed wilkiem, który wypuścił z pyska linę – ta zwinęła się w kłębek i wylądowała na ziemi pomiędzy nimi.
– Aeden nom elletaine – Svein przemówił nieznanym, dźwięcznym i pięknym językiem.
– Aeden Draug Thalion – wilk odpowiedział na powitanie.
– Il venen ar tawar? – Svein patrzył pytająco na wilka. Oczy zwierzęcia spochmurniały. Poruszył nerwowo łbem.
– Tawar gwannyd – powiedział niemal szeptem. – Morn unlea, tawar gwannyd – smutny głos wilka przeszedł w ciche skomlenie.
– Ya? Sut An? Iire? – Norsmen kucnął na ciemnej trawie wpatrując się z przerażeniem w przyjaciela. – Vaval – ponadlił niecierpliwie.
– Hid a Moranor arn Ullengwann… Sut… Gerne sut – wilk spuścił łeb i zaczął warczeć smutno.
Suri patrzyła na nich oniemiała. Nigdy jeszcze nie słyszała tak pięknego języka, miała wrażenie, że lasy i góry mówią w taki sposób – niezrozumiały dla ludzi, ale piękny i nieskazitelny. A jednak pomimo, że nie zrozumiała ani słowa czuła niepewność płynącą ze słów wilka. Niepewność i grozę. Siedziała tak przez chwilę patrząc na ich obu, na spuszczone w smutnym grymasie głowy.
„Svein. Jestem tutaj” – pomyślała do przyjaciela.
– Il ven – odpowiedział na głos. Wilk podniósł łeb i pierwszy raz spojrzał za plecy swojego przyjaciela.
– Ya? – zapytał dźwięcznym głosem.
– Enna al am il. Enna nin al Suri – Svein pomógł jej zejść na brzeg.
– Il  alu tuninen – wilk pochylił głowę w geście powitania. „Zapytał, jak masz na imię, powiedziałem mu, że Suri, jest zaszczycony.” – głos Sveina rozbrzmiał w głowie dziewczyny. „Pan Strażnik nie zna naszego języka, mówi w mowie Księżycowego Miasta, w mowie ludu Opaet.”
– Pan Strażnik?
– Tak go przyzywaj w swoim języku.
– Suri ali tuninen – Svein skłonił się przed wilkiem. Suri postąpiła tak samo.
– Nam ar utiet. Ui Opaet.
– Ui Opaet – chłopak podniósł krasnoludzki sznur, schował do sakwy, po czym złapał przyjaciółkę za rękę i ruszyli w ciemniejącą gęstwinę.

*              *              *

Księżyc na dobre rozgościł się w tajemniczej puszczy. Jasne snopy uderzały w las, rozbijając mrok, przekradając się przez gęste gałęzie porośnięte ciemnoszarymi liśćmi. Mimo pełni nie było zimno, Suri rozpięła gruby płaszcz.
– Dokąd idziemy Svein?
– Do Opaet, Księżycowego Miasta – Norsmen wpatrywał się uważnie pomiędzy drzewa. Od chwili, kiedy wyszli a drugim brzegu zaczęła słyszeć jego oddech i bicie serca. Oddech Sveina był krótki i urywany, mimo, że nie szli szybciej, ani w trudnym terenie, serce przyjaciela biło niesamowicie szybko, tłukło się w piersi. Pocił się, czuła zapach ludzkiego potu zmieszany z psim. Coraz bardziej narastała w niej niepewność kim Svein naprawdę jest i co chce jej zrobić. Ale nie mogła też oprzeć się wrażeniu, że powinna mu zaufać. Coś w głębi, pomiędzy zimnymi odłamkami strachu rozgrzewało ją, dawało nadzieję i kazało ufać. Mimo strachu, patrząc na Sveina, na jego zmienione, wilcze oczy postanowiła mu zaufać.
– To tutaj – Norsmen rozejrzał się uważnie wokół, odpiął sakwę i usiadł obok wilczego przyjaciela. Suri stała przez chwilę z zamkniętymi oczami wsłuchując się w dźwięki lasu. Od kiedy przebyli Mørkelvę poczuła silną więź z puszczą. Czuła jej pierwotną siłę i moc, nieograniczoną przez ludzi, nieznaną Bogu pogańską potęgę. Pierwotny duch pozwalał się słuchać i uczył swoich ścieżek, a Suri łaknęła tej wiedzy, chłonęła każdą jej część i przyjmowała. Dawno nie czuła takiej czystości, jeszcze nigdy nie zrównała bicia swojego serca z sercem lasu. Było spokojne, delikatne, niemalże niesłyszalne, a jednak czasami zdarzało się, cztery, czy pięć bardzo szybkich, niemal nerwowych uderzeń. Niosły w sobie strach i niepewność, aby zginąć, złamane powrotem do spokojnego, przyjemnego bicia serca lasów.
– Co teraz? – dziewczyna spojrzała w mieniące się w księżycowym blasku oczy przyjaciela.
– Teraz otworzymy bramę i wejdziemy do świata Opaet.
– Jaką bramę?
– Spójrz – poruszył lekko głową wskazując miejsce, którego Suri nie zauważyła do tej pory. Ogromny jesion pochylał się w stronę głazu obejmując go gałęziami. Drzewo i kamień wyglądały na złączone ze sobą. Suri poczuła też, że serca obu biją w tym samym rytmie. „To brama do naszej krainy” – spokojny, delikatny głos Sveina zabrzmiał w jej głowie. Faktycznie, dopiero teraz zobaczyła, że za „bramą” widok jest rozmyty, rozmazany.

Z zapatrzenia wyrwało ją szczeknięcie. Wilk stał tuż przed Sveinem, jego paszcza, szeroko otwarta ukazała mocne, żółte zębiska. Svein zdjął płaszcz, skórzany kaftan i podwinął rękaw płóciennej koszuli. Odkorkował bukłak i oblał zawartością rękę. Wilk zamknął oczy, kiedy Norsmen włożył dłoń do jego pyska. Suri zamarła z przerażenia – ręka przyjaciela wędrowała coraz głębiej, aż w końcu zatrzymała się na wysokości łokcia. Pan Strażnik poruszył się nerwowo kilka razy, ale jego paszcza ani razu nie próbowała się zamknąć. Svein wsunął rękę jeszcze dalej. Charczenie wydobyło się z wilczego pyska. Suri patrzyła sparaliżowana – nie mogła wydobyć z siebie głosu, serce zamarło jej w piersi, a oddech przestał być ważny. Miała wrażenie, że las też zamarł, jakby cała puszcza przyglądała się spektaklowi u wrót Opaet. I nagle Svein wyrwał rękę z niesamowitą siłą, drugą łapiąc Pana Strażnika za kark. Musiał być niesamowicie silny, gdyż udało mu się powstrzymać dużego basiora przed rzuceniem się na niego. Wilk warczał wrogo, w jego oczach pojawił się na chwilę szał. Siłowali się tak przez chwilę, dopóki Pan Strażnik się nie uspokoił. Z jego oczu zniknął szał, wróciła cierpliwość. Uderzenie serca lasu wstrząsnęło ciałem dziewczyny niczym podmuch wiatru. Zachwiała się przez chwilę, ale poczuła jak spokój kniei przepływa przez nią, kojąc walące z nerwów serce. Svein przytulił zawiniątko wyrwane z wilczego pyska do piersi i położył się na ciemnej trawie. Oddychał szybko, nerwowo, zachłystywał się powietrzem, całe jego ciało drżało z napięcia. Chwila trwała wieczność.

Pan Strażnik rozejrzał się czujnie wokół. Drzewa poruszały się niespokojnie, z daleka słychać było wycie wiatru. Gdzieś w oddali słychać było dudnienie. Suri też je usłyszała, popatrzyła w stronę, z której nadbiegał dźwięk. Svein widać też go usłyszał – zerwał się i z niesamowitą szybkością pobiegł w stronę nieodległej bramy. Nerwowo rozerwał rzemień na sakiewce wyjętej z wilczego pyska i zaczął obsypywać przejście migoczącym proszkiem. Wiatr starał się go zdmuchnąć, jednak lśniący pył kleił się do drzewa i głazu. Księżyc liznął promieniem magiczny pył, a ten zaczął jaśnieć tworząc obraz wrót. Pan Strażnik podbiegł do Sveina, otworzył pysk i zawył mocno, wyraźnie i długo. Lśniąca brama zaczęła się powoli otwierać. Potężne skrzydło lekko się poruszyło wylewając ze środka błękitną falę światła. Suri stała oczarowana. Czuła się wspaniale, zupełnie nie rozumiała dlaczego Svein tak bardzo się spieszy. Skrzydło nagle przestało się poruszać, jakby było głuche na kolejne wycie wilka.
– Tulli aere – Pan Strażnik odwrócił się w stronę Sveina, w jego oczach lśnił błękit wylewający się zza wrót. Svein przytaknął – Tju Erste.
– Set dor hennen!
– Płonące koło – głos Norsmena pełen był mocy, pierwotnej, nieskażonej siły.
– Tar dor hennen!
– Miecz światła – wrota znów zaczęły się otwierać.
– Yg dor hennen! – wilk kończył każdy zaśpiew krótkim wyciem.
– Grób życia.
– Mon dor hennen!
– Nie z ziemi pochodzi – ziemia zadrżała, Suri poczuła niepokój. Puszcza powiedziała jej o czymś bardzo złym.
– Ord dor hennen!
– Dom boski – coś się zbliżało, dziewczyna poczuła dreszcz strachu. Jej ręce zaczęły drżeć.
– Ven dor hennen!
– Stado fal – Svein odwrócił się na chwilę, aby wezwać gestem ręki Suri.
– Ygdra dor hennen!
–  Yggdrasil.
– Gerne dor hennen
– Erre than! – Svein krzyknął w stronę wilka. – Erre than! – krzyczał, ale zwierzę go nie słuchało. Wilk skoczył pomiędzy uchylone wrota.
– Nie! – krzyknął Norsmen, kiedy brama zamknęła z trzaskiem.
– Svein! Co się stało!? – Suri poczuła jak ściska ją w brzuchu. Uczucie rosnącego strachu rozsadzało jej głowę. Patrzyła na Sveina, który dopadł do swojej sakwy i zaczął w niej nerwowo grzebać. W końcu wyjął ze środka małą sakiewkę, rozerwał rzemień i wysypał zawartość na dłoń.
– Nie pytaj o nic, brama jest zamknięta, musimy przejść do Opaet inną drogą – mówił pewnie, bez śladu nerwów i strachu. Ciemne kulki na jego dłoni przypominały jagody, ale Suri nie miała pewności – było zbyt ciemno. Drżącą ręką sięgnęła po jedną z kulek. – Zjedz trzy i popij tym – podał jej bukłak.
Dziewczyna zrobiła jak prosił – włożyła trzy jagody do ust i popiła wodą z bukłaka. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, był widok Sveina zjadającego resztę – wtedy świat nagle zawirował, a serce zabiło mocniej. Upadła na kolana, wymiotowała, a świat wokół skąpany był w niebieskiej poświacie. I nagle zrobiło się jej ciemno przed oczami i przeraźliwie zimno.

*              *              *

Svein obudził się nagi. Czuł, zapach ognia w powietrzu. Otworzył oczy i rozejrzał się wokół. Wiedział, że nie zna miejsca, do którego przywędrowali, ale wiedział też, że jeśli tylko zacznie chcieć dotrzeć do Księżycowego Miasta, ono samo pojawi się trzeciego dnia na jego drodze. Usiadł. Obok paliło się ognisko – błękitny płomień dawał przyjemne ciepło. Norsmen rozejrzał się wokół poszukując tego, kto rozpalił ognisko. Po drugiej stronie ognia leżała jakaś naga postać. Z tyłu Svein nie mógł jej poznać, wstał i postąpił krok, ale nagle padł na kolana – jego czoło skroplił pot, a twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. Zwymiotował.
W końcu ból odszedł. „To mogło mnie zabić” – zdenerwował się na siebie w myślach. „Mogło, ale ja tu jestem i opiekuję się tobą ukochany. Nie pozwoliłabym na to” – głos Suri uderzył go nagle niczym piorun bijący w samotnie stojące na łące drzewo podczas wieczornej letniej burzy. Chłopak klęczał przez chwilę opierając się na rękach. Dopiero podmuch wiatru przyniósł mu siłę, aby podnieść się i popatrzeć na stojącą przed nim, nagą przyjaciółkę. Była piękna, jej lekko opalona delikatna skóra oblana była bladym, księżycowym światłem. Księżyc bezczelnie wpatrywał się w jej ciało, podobnie jak Svein nie mógł oderwać od niej oczu. Norsmen poczuł ciepło w brzuchu, czuł jak widok pięknej przyjaciółki rozgrzewa go w środku. Ostro zarysowany podbródek udekorowany nieco wyżej dołkami, okalającymi uśmiech głębokich, wyraźnych, tak egzotycznych w Norvegrze ust rzucał cień na łabędzią szyję. Delikatna skóra szyi skąpana w półcieniu księżycowej poświaty zdawała mu się jeszcze delikatniejsza, niż w najmocniejszych blaskach słońca krainy ludzi. Svein delektował się widokiem – wędrował coraz niżej, zatrzymując się na mostku i dwóch delikatnych, dziewczęcych, foremnych piersiach zakończonych ciemnymi brodawkami i sterczącymi lekko ku górze delikatnymi guziczkami sutków. A jeszcze niżej był lekko wypukły brzuszek, ze znajdującym się w centrum pępkiem skrytym pod delikatnymi, jasnymi włoskami. Chłopak czuł, jak robi mu się coraz cieplej i nagle uderzyła go do głowy świadomość tego, że bezczelnie gapi się w swoją przyjaciółkę i ona o tym doskonale wie. Ale nie mógł oderwać wzroku i wędrował dalej, niżej, spływając wzrokiem w okolice doliny miłości i kiedy pomiędzy mocnymi mięśniami ud zobaczył pierwsze oznaki ciemnego gąszczu, który miał w sobie tak niesamowitą moc i magię o jakiej wiedzieli tylko mężczyźni uwiedzieni przez kobietę Suri postąpiła krok do przodu.
– Zimno ci – uśmiechnęła się patrząc na niego dokładnie w tym samym miejscu. Poczuł się nieswojo – uśmiechnął się głupio i przypomniał sobie, gdzie jest. Nie wiedział, kiedy usiadł, ale siedział teraz ze skrzyżowanymi nogami gapiąc się w Suri, a ona gapiła się w niego z uśmiechem na twarzy. – O! A teraz nagle zrobiło ci się ciepło? – znów odczuł bardzo lekkie szyderstwo w jej głosie. A w chwilę później zrozumiał o co jej chodziło, ale nie potrafił się opanować. Wlepił oczy w dolinę miłości, jeszcze krok temu zasłanianą przez wysoką trawę porastającą łąkę. Wiedział, po co to zrobiła, ale patrzył, pozwolił jej kontrolować to wszystko, bo sam w środku czuł, jak powoli traci kontrolę. Wilk, który był w środku wył bezustannie, a wszelkie instynkty i zmysły kierowały się w stronę doliny miłości. Zamknął oczy w nadziei, że uda mu się zalać ten pożar, który w nim szalał.
– Svein… – Suri stała przed nim, spoglądając pytająco. – Svein… wiesz, gdzie jesteśmy? – dodała po chwili, rozglądając się wokół. Odwróciła się. Otworzył oczy i otworzył usta ze zdumienia. Długie, ciemne włosy wpływały po karku, rozlewając się na wystające kształtne łopatki. Na wysokości szyi dojrzał lekki błysk. Ale nie to zwróciło jego uwagę – lekko zasłonięte włosami miała wymalowane na plecach skrzydła. Tatuaż, którego nigdy wcześniej nie widział niemalże powalał ilością szczegółów. Nigdy nie widział tak doskonałej roboty, nawet w Ksieżycowym Mieście.
– Suri… ty masz skrzydła – powiedział niepewnie.
– Wiem – odpowiedziała niemalże obojętnie.
– Skąd?
– Uine mi je namalowała.
– Uine? – dopiero teraz zrozumiał, czym był błysk w okolicach karku. Wróżka. Tak dawno żadnej nie widział, od lat, a jednak nigdy nie przestawał wierzyć, że istnieją, że żyją nadal. Wiedział doskonale o konflikcie Wróżek i Radujących się Śmiercią. Myślał, że na świecie nie pozostała żadna z Wróżek. I prawdę mówiąc niewiele się pomylił – została jedna, jedyna, która przeżyła wojnę sprzed lat. Nazywała się Uine, choć Svein doskonale wiedział, że one nigdy nie zdradzały swoich prawdziwych imion.
– Witaj Uine – powiedział po chwili.
– Witaj Obrońco Księżycowego Miasta – delikatny głos Wróżki brzmiał niczym dźwięk dzwoneczków rozwieszonych na wietrze. Mała istotka ruszając motylimi skrzydłami wyfrunęła spomiędzy rozlewiska ciemnych, delikatnych włosów Suri. Zielona skóra upodabniała ja do driady. Piękna, misterna fryzura i niemniej misternie wykonane ubranie świadczyło o tym, że Uine jest nie byle kim.
– Wiesz, gdzie jesteśmy Uine? – Svein wstał rozprostowując zesztywniałe nogi.
– Nie wiem, ale nie dłużej, niż trzy dni drogi w którąkolwiek stronę dzielą nas od Opaet – wróżka przefrunęła w powietrzu zostawiając za sobą smugę błyszczącego pyłu.
– Wybrałeś najgorszy sposób przybycia – skarciła Norsmena siadając mu na ramieniu tuż przy uchu.
– „Wiem” odpowiedział w myślach.
– Wiesz, że ryzykowałeś jej życiem? – szeptała mu do ucha. Przytaknął.
– Wiesz, że dla niej nie ma już odwrotu do domu? – karcący ton rósł w siłę.
– „Wiem Uine i tego się najbardziej boję”.
– A jesteś pewien, że ci nie odmówi pozostania tutaj?
– Wtedy byłem pewien, ale teraz nie mam pojęcia… – westchnął ciężko
– O czym nie masz pojęcia Svein? – Suri odwróciła się w jego stronę, księżyc znów oświetlił piękne, sterczące piersi i lekko skrzywiony w lewo nosek osadzony pomiędzy migdałami oczu.
– Suri zrób użytek z mojego podarku – rozwiń skrzydła i wzleć w górę, dowiedz się, gdzie jesteśmy.
Dziewczyna nie czekała – skrzydła, które miała wymalowane na plecach zaczęły się poruszać. Po chwili zmieniły barwę z ciemnych na błękitne, aby w końcu rozświetlić się fioletem. Suri wyskoczyła w górę, aby unieść się w powietrze. Piękne, jasne skrzydła uniosły ją wysoko, wzlatywała bardzo szybko. W końcu stała się malutka, niczym wróżka.
– Dałam jej to, co mogłam. Dałam jej wolność. Ona już nie wróci do domu, nie przytuli ojca, czy matki. Czy wy Wilki musicie to robić? – wyrzut w głosie Uine nie brzmiał już jak dzwoneczki, dźwięk przypominał dzwon w Nidaros, kiedy biją na pożar.
– Ona nosi w sobie ślady Wilka Uine.
– Twoje ślady, to twój Wilk w niej rośnie.
– Nie mogłem się pomylić Wróżko. Ona nosi w sobie ślady Wilka, nie znam go, ale to jej wilk, nie mój.
– Pomyliłeś się, czułabym, zawsze to czujemy. My się co do tego nie mylimy Obrońco – głos Uine brzęczał nieustępliwie.
– To niemożliwe – powiedział po chwili myślenia. – Jestem Obrońcą i czuję to, czuję, kiedy jakiś wilk mnie wzywa. To nie jest mój wilk.
– Zasiałeś go w niej Obrońco, to niemożliwe, aby dziewczyna narodzona tak daleko miała w sobie wilka.
– Nie zasiałem… ona jest czysta.
– Czysta? – Uine z niedowierzania usiadła.
– Tak i dlatego to ty się pomyliłaś.
– Jesteś pewien? – nie zdążyła dokończyć, Svein pognał przed siebie niczym wiatr. Wyskoczył wysoko, o wiele za wysoko jak na możliwości człowieka. W locie chwycił Suri, która spadała, opadł miękko na trawy. Czarny kształt, który gnał za nią zatrzymał się tuż nad ziemią kilka kroków od nich. Nie zdążył się obrócić, kiedy nienaturalnie wielkie pazury Sveina rozdarły powietrze celując prosto w czarną mgłę. Przeraźliwy krzyk poniósł się po łące, kiedy ostre niczym sztylety szpony przecięły mgłę. Czarna krew zbryzgała wilcza rękę Sveina. W odpowiedzi na krzyk z niebios zleciała olbrzymia, ciemna chmura.
– Uine! – bardziej wywarczał, niż wykrzyczał Svein.
Wróżka nie myślała długo. Podleciała do Sveina wykrzykując zaklęcie. Za każdym słowem rosła wokół niej blada, srebrząca się poświata. Svein szybko wrócił do ludzkiej postaci, podniósł Suri i pobiegł w stronę Wróżki. Światło wokół Uine było już na tyle duże, aby zmieścili się w nim w trójkę. Mimo to Wróżka nadal śpiewnie recytowała zaklęcie Undomiel – Gwiazdy Wieczornej, dawnej królowej, która jako jedna z niewielu mogła spojrzeć w mrok Radujących się Śmiercią i wyjść z tego bez szwanku. Svein zawył doniośle i mocno, trawa ugięła się słysząc jego wycie, a jedyne w okolicy drzewo – wielki jesion przechylił niepewnie.
– Ord dor hennen! – głos Sveina przetoczył się potężną falą po dolinie. Trawa wtuliła się w ziemię, niczym przygnieciona, jesion wydał z siebie potworny dźwięk. – Ope dor hennen! – głos Sveina zamienił się w krzyk bestii. Wilcze oczy chłopaka zaszły krwią, z nosa i ust Wilka puściła się posoka, nagle cały świat wokół skąpał się w czerwieni. Trawa wtulona w ziemię świszczała podmuchem, który wydarł się z krzykiem z ust Sveina, jesion też krzyczał, głośno i donośnie i rósł. Gałęzie wydłużały się do niesamowitych rozmiarów, korzenie wyrywały z ziemi, unosząc drzewo wysoko. Z dziupli, która okazała się paszczą wydarł się ryk, potężny, przejmujący, wstrząsający posadami ziemi. Czarna chmura, która do tej pory szczelnie okrywała poświatę wokół trójki podróżników pognała w stronę ożywionego drzewa. Svein całkowicie zmieniony w rządną krwi bestię z furią ruszył za wojownikami Skyre. Ciemne kształty opadły Ygdragila, zaczęły kąsać go, drapać, rozszarpywać korę. Błękitna, świecąca posoka trysnęła z ran przypalając Skyre, ale ci nie dawali za wygraną, nie mogli dopuścić, aby Ygdragg przegonił chmury i pozwolił, aby światło księżyca znów zapanowało w dolinie. Drzewiec dumnie bronił się przed atakującym go wrogiem. Dzikie krzyki ciemnych, trzaski jesionu mieszały się z szaleńczym wyciem mordującego Wilka. Ten skakał w furii z gałęzi na gałąź, rozrywając, gryząc, w końcu zrzucając ciemny dym z Drzewca. Cała dolina przyglądała się walce, każdy kamień, strumień, nawet mały, magiczny staw patrzył z niecierpliwością na pojedynek światła z ciemnością.

Eine przestała recytować czar, usiadła na brzuchu Suri, sprawdzając, czy dziewczyna żyje. Skyre mieli zdolność zatruwania dusz, szczególnie ludzkich, topienia ich myśli w dymie i mylenia ich ścieżek tak, aby nigdy nie powrócili do domów, aby nigdy nie trafili do Opaet. Tego właśnie obawiała się Eine, czy aby żaden ze Skyre nie zdążył wsiąknąć w umył dziewczyny i zasiać tam zamętu. Niestety Suri nie reagowała na wołania Wróżki.

Jedna z potężnych gałęzi ugodziła w ogromną chmurę zasłaniającą księżyc – tysiące czarnych kształtów rozpełzło się po nocnym niebie przepuszczając blade promienie światła. Czarne kształty zaczęły płonąć błękitnym płomieniem – snopy księżycowego światła paliły je. Przeraźliwy wizg przetoczył się przez dolinę. Eine patrzyła jak ciemne kształty uciekają w popłochu, pozostawiając za sobą Ygdra i Wilka w blasku księżycowego światła. Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech. Dolina wracała do spokojnego, nocnego życia.

Svein zeskoczył na ziemię i ruszył kulejąc w stronę towarzyszek. Zanim zemdlał spojrzał jeszcze raz na Suri. Na jego ludzkiej twarzy odmalował się uśmiech ulgi.

*              *              *

Szli na północ, choć nie było to ważne, gdyż droga w którąkolwiek stronę w krainie Księżycowego Miasta prowadziła właśnie do Opaet. Ale północ wydawała się Sveinowi i Eine bezpieczniejsza. Illid i zastępy jego Gerne Sut przybywały z południa, dlatego tez padło na północ. Nie było żadnej drogi, w tej krainie nikt nie rysował map, traktów, nikt nie malował i oznaczał ścieżek – w tej dzikiej, pogańskiej krainie podróżowanie z miasta do miasta nie wymagało wybrania szlaku i ruszenia nim w odpowiednim kierunku. Należało po prostu ruszyć w drogę, a dotarcie do celu było kwestią przebycia odpowiedniej odległości, wprawni podróżnicy zawsze docierali do celu. Za to ci mniej uzdolnieni mylili drogi i często zdarzało się, że zawędrowali albo za daleko, albo zgubili się całkiem i choć wtedy pragnienie dotarcia do celu jeszcze bardziej rosło, często się to nie udawało i niejedno imię pojawiało się na tablicy zaginionych wędrowców nieopodal pałacu królewskiego w centrum Księżycowego Miasta. Wilki znały jeszcze jeden sposób na dotarcie do celu. Nawet młody, zagubiony Wilk potrafił znaleźć drogę spoglądając na księżyc i odnajdując jego prawdziwe światło.

Mijały godziny drogi, szli ucząc Suri tego, co powinna wiedzieć o krainie, w której teraz się znajdowali. Opowiadali jej o starożytnej rasie Ygdrów – Drzewcach, pierwszych obrońcach natury, o ich odejściu i o tym, jak Wilki zajęły ich miejsce, jak matka natura ukochała sobie wilcze towarzystwo. Svein opowiadał też dużo o Opaet – Księżycowym mieście, które zostało zbudowane przez Wilki. Zachwycał się sztuką Wilków, kunsztem i pomysłowością wilczych rzeźbiarzy, Eine co chwilę dodawała coś od siebie, opowiadając z wielką fascynacją o pałacu królewskim, o Illid, Pani–Panu władającym wilczym królestwem.
W końcu Svein postanowił opowiedzieć przyjaciółce o Moranor arn Ullegawn – Mieszkających w Mroku. Istotach zrodzonych z ciemnej strony Pani-Pana. Istotach wrogich Opaet i całemu Księżycowemu Królestwu. Opowieść trwała i trwała, Wilk wspominał o wielkich bitwach, podczas których ginęły setki jego braci, ale na każdego z nich przypadało po dziesięć Skyre – Chmurników lub Wojowników Chmur, którzy próbują zasłonić Prawdziwy Księżyc.
– Wczoraj ich spotkaliśmy Suri, to przez nich zostałaś zrzucona w dół. Zasłonili księżyc i cię zaatakowali.
– Nie pamiętam tego – dziewczyna popatrzyła na przyjaciela ze smutkiem. – Pamiętam, kiedy się obudziłam, a ty leżałeś nieprzytomny.
– Wilk nas uratował – Eine popatrzyła z uśmiechem na Sveina. – Walczył razem z jesionem, aby przegnać chmurę z nieba.
– Chmurę?
– Tak, chmurę Suri. Bo widzisz Skyre tworzą chmury, aby księżyc nie mógł się przez nie przedostać. Chmurniki są bardzo wrażliwe na prawdziwe światło, ono je spala. Tylko ciemna strona Illid może patrzeć na prawdziwe światło księżyca, z jego ciemnej strony jest zrodzony.
– Z ciemnej strony księżyca?
– Tak Suri, dlatego Pani-Pan Illid mają cztery twarze, dwie są dla nas, dla Wilków, Wróżek, Ygdrów i innych istot prawdziwego światła. Dwie natomiast wspierają ciemną stronę, Skyrów, Moranor, czy Gerne Sut – Radujących się Śmiercią. Tworzymy równowagę, którą ciemne strony chcą zachwiać – często wywołują wojny, walczą z nami, mordują naszych braci, zasłaniają prawdziwy księżyc.
– To tak jak z dniem i nocą. Teraz mamy dzień Suri – Eine wskazała małą dłonią na księżyc. – Jest jasny, bezpieczny dla nas i przyjemny, czujesz jak głaszcze twoją skórę. Kiedy odwróci się i pokaże nam swoją ciemną stronę, ta błękitna kraina zmienia barwę na czerwoną. Wtedy wszystkie istoty cienia mogą wyruszyć na łowy. Istoty cienia nie znają spokoju, zawsze po przebudzeniu wpadają w szał i wyruszają na łowy. Szukają nas, próbują zachwiać równowagę, zachwiać spokój świata. Wtedy ogień robi się czerwony, a lasy i osady stają w płomieniach. Dlatego niebezpiecznie jest podróżowanie przy czerwonym księżycu. Musimy znaleźć schronienie, noc jest bliska.
– A co jeśli ktoś z nas zobaczy czerwony księżyc?
– Wilki wpadają w szał, ich moc jest wtedy niepohamowana przez nic, stają się mordercami, ich oczy zachodzą czerwoną mgłą i pragną zabijać i mordować. Nieważne, czy swoich, czy wrogów, muszą posmakować krwi – Eine zerkała niepewnie w stronę Sveina.
– A Ty Svein też wpadasz w szał?
– Ja nie, mimo, że jestem Wilkiem nie musisz obawiać się mnie w nocy. Jestem Strażnikiem Księżycowego Miasta, pilnuję go dniem i nocą. W szał wpadam tylko walcząc.
– A Bóg na krzyżu?
– Nie ma go w tej krainie. Tutaj rządzi matka natura Suri. Kiedyś jego wojowie i kapłani próbowali wedrzeć się do Królestwa Ksieżycowego Miasta, ale powstrzymaliśmy ich z cieniem. To był nasz jedyny sojusz znany w historii Illid. Pierwszy i ostatni.
– Starczy póki co, czas znaleźć miejsce na nocleg – Eine wskazała księżyc, który powoli nabierał czerwonej barwy.
Svein kucnął, potem wsparł się na dłoniach i po chwili już jako wilk pognał w las.
Eine usiadła na ramieniu Suri. Poczuła jak ciałem dziewczyny wstrząsnął dreszcz.
– Zimno ci?
– Troszkę
– Chodź pokażę ci specjalne miejsce.
Wróżka wyskoczyła w powietrze, zamachała maleńkimi skrzydełkami i pofrunęła przed siebie w stronę lasu, gdzie kilka chwil temu zniknął Wilk. Zatrzymała się na chwilę przed wielkim kamieniem. Suri stanęła obok. Napisy w nieznanym dziewczynie języku lśniły, odbijając światło księżyca. Z kamienia biła energia, bardzo mocna i wyraźna energia.
– Co tu jest napisane? – Suri nie mogła oderwać wzroku od głazu.
– Modlitwa za ojca – Eine patrzyła zamyślonym wzrokiem w srebrzące się litery.
– Kto to napisał?
– Wilk
– Svein?
– Tak
– Co się stało z jego ojcem?
– Jego rodzice odeszli, przeszli na stronę cienia. Po drugiej stronie lasu jest modlitwa za matkę.
– Dlaczego odeszli?
– Nikt tego nie wie, Suri. To smutna historia, kiedy jeszcze był szczenięciem rodzice porzucili go. Jakimś podłym zaklęciem, klątwą ciemna strona Illid skusiła ich i odeszli. Ale spotkali się później… – głos Eine przestał brzmieć jak radosne dzwoneczki na wietrze, nagle zaczął mieć w sobie coś przeraźliwie smutnego. – Stąd te głazy, ku ich pamięci.
– Zabił ich – serce Suri zabiło mocniej.
– Tak, na polecenie Pani-Pana.
Suri nie czuła już chłodu, nie czuła nic, nie wiedziała co się z nią dzieje. Czuła strach.

*              *              *

Noc była ciepła, błękitne ognisko powoli dogasało, nocne ptaki dawały ostatni koncert, zanim księżyc całkowicie zmieni barwę na krwistą czerwień. Eine zasnęła otulona liśćmi. Svein leżał wpatrując się w światło ostatnich prawdziwych gwiazd, przytulona do niego Suri mówiła coś bardzo cicho. Svein słyszał każde słowo, ale nie odpowiadał, słuchał.
– Chodźmy stąd – jego głos był spokojny.
– Dokąd? Nie jest ci tutaj dobrze?
– Jest, ale chodźmy, pokażę ci wspaniałe miejsce.
Stąpali nadzy pomiędzy drzewami, gałęzie chwytały delikatne włosy Suri, jakby delektowały się ich dotykiem. Noc była piękna, niknący błękit rozlewał się pomiędzy drzewami, a te zdawały się nim żywić, gałęzie wyciągały się jeszcze dalej i jeszcze wyżej, próbując pochłonąć jak najwięcej prawdziwego światła. Suri znów poczuła wilczy pot.
– Co się dzieje Svein?
– Nic, Suri, ten las… zawsze był spokojny, a dzisiaj jest nerwowy, nie oddycha tak jak powinien, to nie jest już dom dla Wilków.
– Nie byłam tu nigdy jeszcze, ale mam wrażenie, że serce tego lasu bije spokojnie. Tak je czuję.
– Zobaczymy Suri, póki co musimy się spieszyć nim nastanie czerwona noc.
Przyspieszyli trochę, złapał ją za rękę i prowadził za sobą.
– Nie spoglądaj na błędne ognie, w tej puszczy wystarczy jedno spojrzenie i oczarują cię, porwą.
Ogniki pojawiały się i znikały. W przeciwieństwie do tych, które Suri widziała w świecie ludzi te miały różne kolory – fiolet, czerwień, czasem błękit i zieleń. Ale nie patrzyła w centrum, wiedziała, że tam kryje się uwodzicielska, zgubna magia.
– Już blisko – Svein przyspieszył jeszcze bardziej.

Popatrzyła przed siebie – w oddali pomiędzy drzewami jaśniała jakaś poświata. Róż mieszał się z zielenią, czerwień z błękitem, to nie mógł być błędny ognik, to było zbyt duże. W powietrzu zapachniało magnoliami. Delikatny, ulotny zapach przyciągał i wyzwalał. Suri zapomniała o szaleństwie, w którym ostatnio brała udział. W niepamięć poszło przekraczanie bramy, walka ze Skyre, wieść o tym, że przez decyzję Sveina nie będzie jej dane wrócić już do świata ludzi. Nagle pożegnała się ze wszystkim, co przykre, czuła niesamowitą lekkość i błogość. Wiedziała, że jej przyjaciel – Wilk poczuł to samo, uścisk dłoni zelżał, zapach wilczego potu zniknął wygnany przez czarującą woń magnolii. Ta noc była piękna.

Dotarli do źródła światła – olbrzymie głazy, przypominające megalityczną świątynię, a pośrodku mały zbiornik wodny. Woda oświetlona była jasnym, czystym światłem księżyca padającym właśnie na stawik. Kamienie pod powierzchnią jaśniały księżycowym blaskiem, mieniły się różnymi kolorami. W wodzie pływały różowe i białe płatki magnolii. Tuż nad stawem unosiły się gałęzie pełne kwiatów, co chwilę któryś z nich zrzucał płatek do wody, a w jego miejsce szybko wyrastał nowy, roznosząc wokół kojącą woń. Na jednym z kamieni ustawionych wokół oczka wodnego przysiadł ptak. Jego jasne pióra mieniły się srebrzyście w blasku odchodzącego prawdziwego światła.
Svein wszedł do wody jako pierwszy. Całe ciało przeszła mu gęsia skórka, kiedy zimna skóra spotkała się z ciepłą wodą. Suri czuła się, jakby była we śnie. W dobrym śnie, nie takim, jaki śniła wczorajszego poranka, nie było tutaj miejsca na Skyre, na Chmurników, Radujących się śmiercią. I choć wiedziała, że to wszystko, co widzi istnieje tutaj naprawdę czuła ulotność tego miejsca, tej chwili, tego uczucia. Ale wchodząc pomiędzy megality obiecała sobie, że nie odda jej wspomnieniom i marzeniom. Obiecała sobie, że zatrzyma tą chwilę w sobie na zawsze. A wtedy obudziło się w niej drżenie. Nie wiedziała, skąd się wzięło, ale czuła wewnętrzną niepewność. Może strach? Ale nie poddała się temu uczuciu. Postąpiła po kamiennych stopniach. Przyjemna woda obmyła jej palce u stóp, łapczywie sięgając falami kostek. Kolejny krok – ciepły, kamienny stopień, ciepła woda i gęsia skórka na całym ciele. Lekki podmuch wiatru uderzył zapachem magnolii, jeden z kwiatów zeskoczył z gałęzi i znalazł dom we włosach Suri. Dziewczyna poczuła jego delikatną woń. A woda sięgała jej już ponad kolana, delikatnie rozgrzewając całe ciało. Kolejne uderzenie dreszczy i delikatne, przyjemne ukłucia biegnące przez kręgosłup aż do karku. Suri zachwiała się i już miała upaść, kiedy Svein zręcznie i delikatnie złapał ją w ramiona i przytulił. Poczuła szybkie bicie jego wilczego serca. Poczuła zapach człowieka i ucałowała jego szyję. Trzymał ją na rękach i wchodził coraz głębiej w wodę. Kamienie mieniły się tysiącami kolorów, odbijały światło księżyca, światło, które niepostrzeżenie zmieniło barwę z czystego, bezpiecznego błękitu na mocną, ognistą, intensywną czerwień. Svein tak właśnie całował – mocno i intensywnie. Nie było w tym nic z Wilka, był oszalałym ze szczęścia człowiekiem. Wilk ukrył się na chwilę pomiędzy drzewami magicznej puszczy. Gdzieś głęboko pomiędzy drzewami patrzył w spokoju na księżyc cienia. Kolejne płatki magnolii spadały do stawu, kiedy Svein usiadł na rozgrzanym kamieniu, trzymając Suri w ramionach. Ona w odpowiedzi na to objęła go nogami wtulając się mocno, jak najmocniej. Wygięta w tył czuła, jak wędruje palcami pomiędzy jej delikatnymi, lekko wilgotnymi włosami, jak kieruje się w dół, głaszcząc paznokciami jej skrzydła i idzie jeszcze niżej – ku pośladkom. Napierała na niego jeszcze mocniej, wtulając stwardniałe piersi w jego piersi. Całując go bezwstydnie. Wiedziała, że Bóg na krzyżu nie patrzy na nich, że jego karcąca moc tutaj nie sięga. I nie czuła ani odrobiny wstydu, teraz nie znała tego słowa.
Svein odchylił się do tyłu, Suri oparła łokcie i ześlizgnęła się w stronę jego podbrzusza. Powoli i delikatnie czuła, jak w dolinie miłości robi się coraz cieplej, jak Svein przenika ją. Otworzyła usta i wypuściła powietrze, jej oddech stał się krótki, nerwowy, rwany. W głowie błyszczały kolory, zapachy smakowały, smaki pachniały. Bezwstydnie ześlizgiwała się jeszcze niżej. Czuła jak ciałem Sveina wstrząsa dreszcz przyjemności, jak powoli podnosi biodra, by wniknąć w nią jeszcze głębiej. Woda falowała z nimi obmywając nagie ciała.
Gwiazdy malowały czerwone niebo jasnymi smugami ogonów. Karminowa czerwień nieboskłonu zaczęła Mienic się kolorami zorzy. Gdzieś na północy rozprysła zieleń rozlewając się falami po widnokręgu, kradnąc czerwieni coraz większe połacie nieba.

Svein wyrzucał z ust powietrze ogromną siłą, Suri robiła to delikatniej, pojękując cicho. Byli jednością. Człowiek i Wilk. Wilk w człowieku. Ich ruchy stały się coraz bardziej siłowe, drżeli oboje czując siebie wzajemnie.
Suri poczuła mocne dłonie Sveina na biodrach, wiedziała, że jest już blisko gwiazd, rozwinęła skrzydła i poruszyła nimi kilka razy. Uniosła ich w końcu, trzymając mocno Sveina. Wylecieli wysoko, bardzo wysoko. W oddali, gdzie zorza malowała niebo pastelami zobaczyła Opaet. Krzyczała patrząc na miasto, machając rozpaczliwie skrzydłami, czując jak Wilk bardzo w nią wniknął. Wilk wył, wołał Prawdziwy Księżyc. Nie musiał jej niczego mówić, wiedziała już wszystko.
Gdzieś daleko maleńka wróżka wtulała się w motyla. Maleńka dziupla ledwo oświetlona blaskiem zorzy drżała w uniesieniach.
– Eine ja jestem zmęczony! – motyl krzyczał przygnieciony ciałem wróżki.
– Zamknij się głupcze! – głos Wróżki dzwonił z podniecenia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s